| strona przygotowana specjalnie na konkurs Muzeum Historii Katowic o Wojciechu Korfantym |
|
O stronie i autorze » Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie strony lub jej części bez zgody właściciela jest zabronione! Copyright by Bartosz Chmura 2003 |
Z wnukiem Wojciecha Korfantego, Feliksem rozmawiają: Barbara Szmatoch i Jerzy Chrzanowski Wojciech Korfanty w plebiscycie ogłoszonym przez "Gazetę w Katowicach" został uznany za najwybitniejszego Ślązaka XX wieku. Naszą redakcję odwiedził niedawno wnuk Feliks. Dziś publikujemy rozmowę z nim. Tak. Było warto. Moja mamusia Eugenia, która mieszka w Dallas, też zastanawiała się, czy warto. Ale ja od razu byłem zdecydowany. Teraz jestem bardzo szczęśliwy, że mogłem być z wami. Na Śląsku stał się Pan nagle osobą publiczną. Jak się Pan czuje w tej roli? Nie najlepiej. W Ameryce moja osoba nie wzbudziła żadnego zainteresowania, a tu taki entuzjazm. Nie jestem przyzwyczajony do takich sytuacji. Nie jestem przyzwyczajony do takich sytuacji. Jest to dla mnie dosyć trudne. Staram się jednak wszystkim odpowiadać na pytania. Uważam że jestem to Górnoślązakom winien. Przed chwilą telefonował Pan do mamy. Przepraszamy, ale jakie wrażenia jej Pan przekazał? Powiedziałem że wszystko jest wspaniałe. Że traktowany jestem z wszelkimi honorami. Jak superstar - ale gwiazdą nie jestem. To nawet niezręczne dla mnie, bo moje zasługi dla Śląska są żadne. A jak wspomina Polskę mama? Mamusia pamięta i wspomina inną Polskę i innych ludzi. Po wojnie pierwszy raz byliśmy w ojczyźnie w 1989 roku (na obchodach 50. rocznicy śmierci Wojciecha Korfantego - przyp. Red.). W Polsce była wtedy bieda, kartki na benzynę. Pamiętam długie kolejki w sklepach i jak staliśmy trzy godziny na stacji benzynowej. W ogóle nie wiedziałem, że to stacja benzynowa, bo w niczym stacji - takiej, jaką znam z Ameryki - nie przypominała. I potem wracaliśmy przez Niemcy. A Niemcy wyglądały na bardzo bogaty kraj. Mamusia ciągle myślała o wojnie i krzywdach, jakie spotkały naszą rodzinę i nie mogła zrozumieć, że Niemcom tak się teraz dobrze wiedzie, a Polakom źle. Była załamana. Jeden jedyny raz widziałem ją taką. Potem przyjeżdżał Pan jeszcze kilka razy. I prywatnie, i oficjalnie, gdy dziadek otrzymał pośmiertnie Order Orła Białego od prezydenta i jednocześnie było wmurowanie kamienia węgielnego w pomnik. Przyjechaliśmy także na odsłonięcie pomnika. Polska w tym czasie bardzo się zmieniała. Czasem nie mogę uwierzyć w to, co widzę. Ja mówię, że to wygląda prawie na cud. Choć teraz też widziałem kolejkę przy parafii św. Piotra i Pawła w Katowicach. Biedni ludzie stali po darmowe jedzenie. To bardzo przykre. Patrząc na Pana i zdjęcia dziadka widać, że jesteście podobni. Wszyscy tak twierdzą. Ja uważam, że mój brat bliźniak Wojtek, który zmarł w 1996 roku, był jeszcze bardziej podobny. Bardzo żałuję, że go tutaj nie ma. Byliśmy nie tylko braćmi, ale i dobrymi przyjaciółmi. Ja jestem bardziej podobny do matki. Rozmawialiście z bratem po polsku? Nie, po polsku rozmawiam tylko z mamusią. Ale mama zna angielski? Oczywiście. Ale ja nie czuję się dobrze, gdy mówię do matki po angielsku. Nie wychodzi mi to dobrze, choć sam nie wiem, dlaczego. Do Ameryki mama i Pan z bratem Wojtkiem trafiliście w latach 40. W Polsce byliście bogaci, mieliście drukarnię, pensjonat w Zakopanem, willę w Katowicach. Ojciec, który dołączył do Was dopiero w roku 1950, był adwokatem. Z czego utrzymywaliście się w Ameryce? Ojciec został mechanikiem samochodowym, bo w Polsce pasjonował się samochodami wyścigowymi i znał się na autach. Mamusia znalazła zajęcie w sklepie jako sprzedawczyni. Jak wyjechaliśmy do Dallas Pallas 1953 roku, to zaczęła pracować w restauracji. Tatuś był z tego powodu bardzo przygnębiony. Na tak, tutaj był znaną postacią, synem samego Wojciecha Korfantego, osobą poważaną. I gdyby były inne czasy, zostałby może wojewodą, prezydentem, posłem czy senatorem. To był człowiek wielkiej klasy. A tam już do końca życia był pewnie mechanikiem samochodowym? Tak, do końca życia. I był bardzo nieszczęśliwy. Zmarł 30 lat temu na serce, tak jak mój brat. A jednak Stany Zjednoczone stały się waszą ojczyzną. Rodzice nie czuli się dobrze w Stanach. Dopiero niedawno, jakieś sześć, siedem lat temu, otwarto u nas polski kościół, gdzie odprawiana jest msza święta w języku polskim. Jest polski ksiądz. Mama jest wreszcie szczęśliwa, że może tam pójść, spotkać znajomych w swoim wieku, którzy przybyli do Stanów po wojnie. Ale ciągle tęskni za Polską. Gdy nadawano jej obywatelstwo amerykańskie, padło pytanie, czy gdyby wybuchła wojna i musiałaby walczyć przeciwko Polsce, to czy by walczyła? Należy odpowiedzieć: tak. Mamusia powiedziała "tak", ale w sercu mówiła "nie". I nie chce już wracać do Polski? Ma tera w Ameryce groby męża i syna. Mówi, że przy nich jest jej miejsce. Czy ojciec też został obywatelem USA? Nie, nigdy. Miał tzw. Zieloną kartę. Mnie i mojemu bratu Wojtkowi przyznano obywatelstwo, gdy ukończyliśmy 18 lat. Pana dziadek walczył w powstaniach o polskość Śląska. To były jego powstania. Pan był na wojnie w Wietnamie. Czy to była Pana wojna? Poszedłem do wojska na ochotnika i służyłem 23 lata. Dosłużyłem się stopnia sierżanta. Do Wietnamu skierowano mnie w ramach służby. Nikt mnie o zdanie nie pytał. To nie był mój wybór. Polacy znają Wietnam z dramatycznych filmów. A jaki był Pana Wietnam. Stacjonowałem w amerykańskiej bazie na Filipinach. Stamtąd dostarczałem samolotami paliwo walczącym bezpośrednio w wojnie samolotom. Odbyłem 800 godzin lotów. To było bardzo niebezpieczne. Ciągle pod ostrzałem. Najgorzej w nocy, podczas burzy. Choć nawet przy ładnej pogodzie tankowanie w locie jest niebezpieczne. Od 1980 roku mam emeryturę wojskową. Jak wyszedłem z wojska, zatrudniłem się w firmie robiącej aparaturę medyczną Teraz pracuję przy produkcji światłowodów. Czy po tylu latach Wietnam jeszcze się jakoś w Panu odzywa? Czasem mam koszmarne sny, że jestem w wojskowym samolocie. Na szczęście po przebudzeniu wszystko mija. Resztę wojskowej służby spędził Pan w Ameryce? Gdzie tam! Byłem też dwa lata w Japonii, cztery lata w Anglii, Hiszpanii i Maroku. Wszystko w amerykańskich bazach. Sporo świata zobaczyłem. Jak Pan przyjeżdża do Polski, na Śląsk, kiedy widzi, jak wielkim człowiekiem był dziadek, nie czuje Pan, że jego miejsce jest właśnie tutaj? Wychowałem się w Stanach Zjednoczonych i myślę po amerykańsku. Ale coraz lepiej rozumiem, co czują Polacy i Ślązacy. Przywiozłem kiedyś ze sobą i wnuka. Chciałem, żeby wiedzieli, gdzie się urodziłem. Gdy byliśmy na grobie dziadka, powiedziałem córce, że tu są nasze korzenie. Córka mieszka w Oklahomie. Ona przed pięcioma laty była na letniej szkole języka polskie. Uczyła się tam m.in. polskiej historii i była zachwycona. Chciała nawet wrócić do Polski i skończyć tu studia, ale jakoś nie wyszło. Ujęło ją przede wszystkim to, że ludzie są tu bardzo serdeczni. Ale ona już nie mówi po polsku. Mam także syna, który mieszka ze mną. Pan się czuje Amerykaninem i żyje po amerykańsku. Rano wstaję o 4.30 i biegam cztery, pięć mil. Bo bardzo lubię biegać, nawet trzy razy uczestniczyłem w maratonie. Wracam do domu, wypijam kawę i wychodzę do pracy. Nie jem śniadania. W pracy tylko jakiś jogurt lub sok. Wieczorem coś czytam i wcześnie idę spać. W wolnym czasie jeżdżę na rowerze i nartach, lubię słuchać muzyki, zwłaszcza Rolling Stonesów. Poluję też na ptaki i dziki. Za każdym pobytem w Polsce dowiaduje się Pan czegoś nowego o przodkach. Ale inni ludzie ciągle wiedzą znacznie więcej o Wojciechu Korfantym niż ja. Ja nie umiem czytać po polsku. Rodzice uciekli z kraju, gdy miałem trzy lata. Na emigracji był jednak zawsze polski dom, gdzie mówiło się tylko po polsku. Tak zresztą jest do dziś. Mamusia czytała mi wszystkie informacje, które ukazywały się na temat plebiscytu w "Gazecie". Gdybym umiał czytać po polsku, wtedy wiedziałbym o dziadku i Śląsku znacznie więcej. Co w plebiscycie najbardziej Pana zaskoczyło? To, że dziadek wygrał z tyloma wspaniałymi kandydatami. Chcę serdecznie podziękować tym wszystkim, którzy na niego głosowali. I za pamięć o nim. Na plebiscytowej gali w Teatrze Rozrywki dało się słyszeć głosy: Korfanty na senatora. Będzie coś z tego? Bo Korfanty to na Śląsku dobre nazwisko. Gdyby Pan chciał założyć tu jakąś partię, to od razu - jako wnuk Wojciecha - miałby Pan wielu zwolenników. Nic z tego nie będzie. Nie znam się na polskiej polityce i bardzo źle bym się w tej roli czuł. Za słabo znam polskie realia. A w Ameryce na kogo Pan zagłosuje? Teraz na Busha juniora. Co Pana u nas irytuje? Zatłoczone drogi. A co śmieszy? Wasze dowody osobiste z bardzo starymi zdjęciami ich właścicieli i informacjami o dzieciach, żonach i z podpisem prezydenta miasta. I nic więcej? Nic. Właściwie, to mógłbym tu już zostać... |
||||