|
|
| w
cyklu
ŚWIATY RÓWNOLEGŁE Aleksandra Telka–Budka - akwaforta Józef Budka - litografia, rysunek |
|
Aleksandra
Telka–Budka - akwaforta
Kraina, gdzie żyć łatwiej
i konać mniej trudno -
GDZIE INDZIEJ
Teoria wszechświatów równoległych mówi o istnieniu wielu, nieomal stykających się wszechświatów, które wszelako z powodu ogromu oraz zakrzywienia czasu i przestrzeni niczego o sobie nie wiedzą. Tak jak my nie wiemy, co lub kto czai się za rogiem w krętym tunelu. Wszechświaty leżą sobie tuż obok siebie, lecz nigdy się nie spotykają. Być może, niektóre są podobne jak dwie krople wody, inne zaś różnią się tylko troszeczkę, a bywają pewnie i takie, które zgodnie z teorią chaosu, mimo podobnego punktu wyjścia, wspólnego momentu narodzin, rządzą się zupełnie innymi prawami Natury zupełnie innej. Astrofizycy twierdzą, że najbliższym połączeniem między nimi, jedynym skrótem, działającym niczym sekretne i pełne zasadzek przejście w murach, są tajemnicze i niebezpieczne czarne dziury. Być może. Naukowcy jednakże, ograniczeni strukturą metodologii swoich nauk oraz determinującą ich myślenie logiką arystotelesowską, często nie widzą tego, co oczywiste. Tymczasem artyści z łatwością przekraczają mury czy granice i wcale nie potrzebują ciężkich, naładowanych paliwem, metalowych statków kosmicznych spełniających drobiazgowe założenia ziemskich mechaników. Oni ze swobodą, wzdłuż, wszerz, w głąb i „w czas” przemierzają dostępne im przestrzenie, a kiedy wracają, zapisują emocje, kolory, kształty, dźwięki, smaki i zapachy. Dzięki nim możemy je odczuć, usłyszeć lub zobaczyć.
Aleksandra Telka-Budka od lat portretuje w pięknych grafikach jeden z takich wszechświatów, dosyć bliski naszemu, choć znajdujący się poza zasięgiem naszej obecności. W owym Gdzie indziej bywają niezwykłej urody archipelagi i doliny, wspaniałe miasta i porty, wyniosłe wieże i pałace, łukowe mosty i akwedukty, krążą samoloty i żaglowce... - To zupełnie jak u nas - ktoś powie. No, nie zupełnie... W naszym świecie i w naszym czasie bowiem, przedmioty raz stworzone same się nie zmieniają, co najwyżej ulegają destrukcji. Tam natomiast wiecznie trwa oszałamiający moment narodzin. Tam o niczym nie można powiedzieć po prostu, że „jest”, a tylko, że „się staje”.
Przymus bezustannej metamorfozy, podobny
do wszędobylskiego, zmiennego wiatru to gna
bez opamiętania, to łagodnieje, przycichnie na chwilę
i znów się podrywa, wiruje niespokojnie, ożywiając wszystko, co
napotka. Dzięki niemu drzewo staje się fontanną, samolot obraca się
w ptaka, a spiralna muszla przeobraża w leciutki
dmuchawiec, by wnet rozbłysnąć na niebie bladym słońcem. Tylko tutaj,
gdzie nie ma ograniczenia do trzech czy czterech wymiarów,
spełnić się może wieloprzestrzenny sen o... Architektura więc sama
wypróbowywuje swoje kreacyjne możliwości nie skrępowane banalną
rzeczywistością. Tworzy szalone budowle o nieznanym przeznaczeniu,
nawarstwia niezliczone kondygnacje, a by mogły oddychać wycina
różnoforemne okna. Zachęca do wejścia, mnożąc portale, przerzucając
mosty czy kręte schody, które niespodzianie przelewają się
w molo, a ono zaś w żaglowiec Opowieści
na sentymentalną nutę.
Nie sądźcie jednak, iż wszechświat ten to jakaś bajeczna sielanka, rajski ogród, w którym można się schować przed problemami codzienności. To raczej wierne odbicie człowieczych zmagań i emocji. Świat, w którym materia całkowicie podporządkowana jest wyrażaniu niewyrażalnego. I mogą to być bardzo konkretne, choć ulotne Chwile szczęśliwe lub wystrzelające w niebo Ukryte pragnienia, śledzone przez pianę setki oczu, niebezpieczna i drapieżnaInwazja lub Pęknięcie, w którym w gwałtownej implozji znika cały przyjazny świat. To tutaj właśnie rozpościera się niszcząca pustka, gdy nie ma Ciebie...
Wspomnienia wydarzeń i miejsc żyją nieustająco, gdyż Czas, niczym czarny kot, chodzi tu własnymi drogami. Dlatego Wenecja staje na głowie, a San Francisco wynurza się z zatoki. Dlatego moment oczekiwania na spadające gwiazdy trwa w swej rozwichrzonej niepewności. Zegary, oczywiście, upominają się o należne im stanowiska. Wyłaniają się na wieżach, zawisają na fasadach, lecz nie odmierzają realnych minut i godzin tylko tik-tak-townie przypominają o nieuchronnym przemijaniu wszelkich trosk i radości. A kiedy ktoś pogubi się w sobie i w wielości przestrzeni czy też nie będzie mógł wydostać się z Zamku bez wyjścia, niech szuka na niebie lub ziemi róży wiatrów. W końcu znajdzie wymarzony Dom, odkryje swój Obszar magiczny - drzewo zrozumienia. - I to wszystko mieści się w tych kilkudziesięciu drobnych akwafortach? - znów ktoś zapyta. Ależ o wiele, wiele więcej. Wszechświat Aleksandry pełen jest zaskakujących skojarzeń, intymnych przeżyć, niespodzianek i tajemnic. Świetne, przemyślane i zróżnicowane kompozycje wiernie służą opowieściom. A miedziana płytka, stalowe igły, werniks i żrące kwasy słuchają jej bezwzględnie. Rozpoznawalne niczym linie papilarne, tysiące delikatnych kresek i punkcików, czasem rozedrganych, czasem uspokojonych żyją własnym życiem nie poddając się pobieżnym spojrzeniom. Kto jednak potrafi uważnie patrzeć, tego z wdzięcznością obdarują ekscytującymi emocjami odkrywcy nowych światów, zdarzeń dziwnych i codziennych.
Komu świat odrębny? Komu?
|
|
Józef Budka -
litografia, rysunek
BRAMA CZASU
Pewnej sierpniowej nocy, gdy z powodu przytłaczającego
upału bałamutny sen nie zwracał najmniejszej uwagi na moje prośby
i zaklęcia, zabrałam się za rozpoczętą kilka dni wcześniej
antologię najważniejszych tekstów teoretycznych postmodernizmu. Gdzie
to ja skończyłam? Habermas, Lyotard, Derrida, Rorty... Aaa, jest,
artykuł siódmy: Gianni Vattimo, Postnowoczesność i kres
historii. Autor jest zapewne Włochem. Sprawdziłam bibligrafię. Tak,
artykuł jest częścią jego książki Etica dell'interpretazione - Etyka
interpretacji... No to do pracy: Najbardziej
charakterystyczną - i chyba za taką najpowszechniej uznawaną -
cechą nowoczesności jest postrzeganie jej jako kresu historii. Słychać
w tym oczywiście pewien ton apokaliptyczny...
Leon Battista Alberti przesyła pozdrowienie Leonardowi z Vinci, mężowi czcigodnemu i szacownemu. Wiem, drogi przyjacielu, iż odradzałeś mi tę wyprawę jako szczególnie niebezpieczną, przez wzgląd że ludzie tutejsi do prawd dochodzą zbyt wielu. Ja jednak przyzwyczajony do trudów ciągłego podróżowania, a przy tem nie mogąc opanować ciekawości, postanowiłem zobaczyć, jak zaczyna się następne tysiąclecie i czy wiarygodnym jest, iże Natura i Sztuka postarzały się i nie wytwarzają już ani gigantów, ani też talentów, jakie w swych młodzieńczych, a bardziej chwalebnych czasach stwarzały wielkie a cudowne. Co do mnie - martwiłeś się niepotrzebnie - od kiedy przeszliśmy na stronę wieczności wiele przypadłości bytu przestało mi już dokuczać, także najzjadliwsza z nich, wciąż uciekający czas. Teraz ja warunki dyktuję i mówię mu, kiedy ma przyspieszyć, a kiedy się zatrzymać.
Tak więc przekroczyłem Bramę Czasu. Nie wiedzieć czemu, znalazłem się w miejscu, w którym przejrzystość i gęstość (i zapach!) powietrza wprawiłyby Cię w zakłopotanie. Musiałbyś bez zwłoki przepracować rozdziały swojego traktatu o perspektywie w malarstwie. Ale do rzeczy. Gdzieżby indziej talentów szukać jak nie w Akademii - jak nazywają szkoły dla malarzy, od czasów szlachetnych braci Carraccich. Udałem się więc w jej kierunku. Fortunnie nikt mnie nie widział, gdyż wieczór właśnie zapadł, więc niemiłego sercu memu pośpiechu mogłem uniknąć i spokojnie budynek jak i prace studentów czy profesorów przeglądać. Zastanawiałem się od czego zacząć? Pracownia drzeworytu, nie - to chyba przestarzałe, pracownia akwaforty - znam, to technika Holendrów, pracownia technik nietradycyjnych?! Nnie, może później! O! Pracownia litografii - zapewne pamiętasz, rozmawialiśmy z Antonim Senefelderem ile czasu i cierpliwości kosztowało go wynalezienie tej techniki (bodajże w 1798 r.), ale też i wielce zachwalał jej wszechstronne możliwości. - Ano zobaczymy - pomyślałem i wkroczyłem do środka. Od razu uwagę moją przywiodła ku sobie sporej wysokości sterta prac. Zapewne wszystko przygotowane do tzw. wystawy (sic! to taka moda tych czasów: zamiast sprzedawać prace do pałaców i świątyń, by wisiały przez wieki - wszyscy urządzają wystawy w galeriach na miesiąc, dwa...) Na wierzchu sterty leżała karta z curriculum vitae Józefa Budki, profesora tejże pracowni. Ileż wystaw, ileż nagród! Jakże chwalebne! W ciągu ledwie dwudziestu pięciu lat!
Ale to co leżało przed moimi oczami, przeszło najśmielsze moje oczekiwania. Czy dasz wiarę, że tak się zapatrzyłem, że jutrzenki nie spostrzegłem i dopiero gwar żaków na zajęcia zdążających wyrwał mnie z zachwycenia? Zaczęło się od tego, że tęsknota ogromna serce me chwyciła, bo spostrzegłem tam wiele przykładów włoskiej architektury najznamienitszych, choć niczego z moich dokonań tam nie znalazłem, zapewne dlatego, iż były to budowle wcześniej powstałe: koronkowe baptysterium i campanila w Pizie, pasiasta campanila ze Sieny, wieże San Giminiano czy mury Bolonii - które czas moich studiów przypominają. Nie sądź jednak, że oczarowały mnie jakieś udatnie zrobione widoczki. Ten Budkovius posiadł chyba jaką wiedzę tajemną reguł pamięci naszej tyczącą. Albowiem litografie jego nie tyle dane rzeczy przedstawiają, ile ich wspomnienie zetlałe niby karty szkicownika, w którym obok siebie, w różnej skali wrażenia dnia całego się spotykają. To arkada jakowaś, to żaglowiec zamorski, a to zbroja kondotiera, a to białogłowa urodna... A niewiasty takie potrafi malować, że niech się Pinturicchio i obaj Lippi schowają, a twój Ghirlandaio na dokładkę! Nie wierzysz? No to ci powiem, że gdym litografię pod znamiennym tytułem Brama raju zobaczył, tom się poczuł jakbym przed prawdziwymi wrotami nieba stanął! A potem jeszcze, wyobraź sobie delikatny, niby mgłą i rosą malowany Erotyk, Pocałunek - szary i ostry jak nowoczesne miasta, a na koniec czerwone, płonące Pragnienie. W moim wieku?! Całe szczęście, że zaraz za nimi pojawił się Szary anioł i przyniósł ciszę i ukojenie - mogłem dalej pracować.
Każdy, kto wiele się nauczył i nauki rozumie, pamięta, że byli i przed nim i będą po nim mistrzowie godni szacunku i wszelkiej chwały. Tak też i on Budkovius cześć oddaje wielkim malarzom (Ciebie tam nie ma, bo to raczej późniejsi twórcy), a to poświęcając im swoje kompozycje, ale jakby ich ręką czy duchem raczej robione. Te zaś są najwyższej próby litografiami: Dla Hedy, Dla Cotana i Dla Zurbarana. Każdy zaś, kto wie, jak pracowali dawni mistrzowie, sam technikę swoję doskonale opanował, tedy ku twórczym eksperymentom się skłania. On i to czyni.
Oto, chyba Twoimi inspirowany wskazówkami, by obserwować
plamy na murach albo popiół ogniska, albo chmury
czy błoto aby wyobraźnię rozwijać i znajdywać tam czarujące
pomysły do kompozycji pejzażu czy bitwy albo też scen
rozmaitych, pozwala Budkovius farbie rozlanej na płycie
litograficznej niemal dowolne tworzyć układy. Następnie prasą,
na dobrym papierze je odbija, a potem wykorzystuje jako tło
do rysowanych pastelami kompozycji, a czasem nawet, jak
w średniowieczu, płatkami złota lub srebra wykleja.
Jak wcześniej pisałem, że naturę wspomnienia mistrz ten potrafi ukazać, tak te "litho-pastele" snami kolorowymi mi się wydają. Czy tylko jemu się śnią, czy ma moc zaglądania w cudze głowy? Bo i moich kilka bym tu odnalazł. Tęskne pejzaże, jakby wprost z ukochanej Toskanii. Cyprysy strzeliste albo mocne i niezłomne dęby. Albo Arka, którą chciałbym uciekać przed potopem złych myśli. Konie do królestw nowych galopujące. I sny o architekturze: fragmenty pałacu, jakby zagubione, wieże nazbyt wysokie, jakie w germańskich kościołach z czasów cesarza Ottona widziałem; bramy, między którymi bałbym się przejść, strażnice, a nadto ornamenty tajemne, jakby od mędrców Wschodu przysłane, znaki labiryntu... Aha, no i czy domyślasz się, co to może być Pogorzałka?
I to mnie jeszcze zastanawia, że i w tych, i w poprzednich kompozycjach perspektywy linearnej czy powietrznej tyle, co na lekarstwo. Myślisz, że to wina tego ich "powietrza"? A może nie czytał naszych traktatów? Albo chociażby Dürera? A, co tam, sam przecież w traktacie napisałem, iż celem malarza jest raczej osiągnięcie sławy, uznania i popularności niż zdobycie majątku. A osiągnie malarz sławę, gdy obraz jego przyciągać będzie wzrok i uwagę widza i potrafi go wzruszyć. I to jest najważniejsze.
Pozostając przy nadziei, że i Ty tak
uważasz,
P.S.
Kontakt z Aleksandrą Telką-Budką i Józefem Budką: grafajb@poczta.onet.pl |
|
|