|
|
Sławomir Chrystow - grafika
O tym, jak Sławko Chrystow, w Warnie mieszkając, o Krakowie marzył.
Dawno, dawno temu, a to w ubiegłym tysiącleciu, nadobna panna Teresa z Krainy Gryfitów zakochała się z wzajemnością w czarnowłosym Bułgarze. Rada nierada pojechała za nim do prastarej Warny i tam w 1976 roku maleńkiego synka powiła. Na imię Sławomir mu dano, by go Pokój i Sława miłowały. Ku pociesze rodziców malec rósł szybko i chował się zdrowo. Prawdziwie Pokój był mu chrzestnym, bo Sławko w młodzieńcze awantury się nie wdawał, tylko wciąż rysował i malował. - Wielkim malarzem będę - powtarzał, a wszyscy dziwowali się skąd u dzieciaka ta pewność. Za to gdy w jego piękne rysunki spoglądali, to dziwowali się jeszcze bardziej, skąd u dzieciaka takie zdolności. - Juści sława mu pisana - mówili. On tymczasem robił swoje. Aż razu pewnego, czy to przez przypadek, czy też los tak chciał, w ręce pacholęcia wpadła księga wielkiej piękności, w której różne fotogramy polskie miasta przedstawiały.
Wtedy, po raz pierwszy, Sławko Kraków zobaczył i jego budowle prześwietne, i Wisłę, i mury słynnej Akademii Sztuk Pięknych, i żaków szczęśliwych tamże nauki pobierających. Aż mu się w głowie zakręciło i gorąc wielki go ogarnął. W noc ciemną spać nie mógł i tylko o Krakowie rozmyślał. A gdy wreszcie zasnął przyśniło mu się, że spotkał w polu Mądrego, człeka ani młodego, ani starego, z którym rozmawiał i nie rozmawiał. Palący nargile, bo tak go też zwano, spojrzał na Sławka spokojnie i zielonkawy dym z fajki swej wypuścił. Minęło czasu małowiele, a gdy się Sławko obudził, już wiedział, co mu czynić należy. Nie przeciwiąc się jego woli, posłali go rodziciele do warneńskiego liceum plastycznego, które z najlepszymi notami ukończył, a dzięki nim stypendium na dalszą naukę od ministra polskiego rządu otrzymał i spełnić mógł swe marzenia.
O tym, jak Sławko do Krakowa przyjechał, kogo spotkał i czego się dowiedział.
Zapłakała matka, że syn najukochańszy ją opuszcza, ale i w duchu ucieszyła się, że obaczy jej rodzinne strony. Sławko spakował pędzle, ołówki oraz najpotrzebniejsze rzeczy i z matczynym błogosławieństwem w daleki świat wyruszył. W Krakowie z zapałem przystąpił do pracy, a gdy po roku przyjęto go na Akademię i Wydział Grafiki, to mu się zdawało, że Pana Boga za nogi chwycił. Wspaniali profesorowie, ciekawe zajęcia, zwariowani żakowie. Sławko uczył się i korzystał ze studenckiego życia. Ale im więcej umiał, im bliżej był dyplomu tym większy niepokój ogarniał jego duszę. - Co dalej? - myślał - Skończy się stypendium, bursa, szkolne pracownie ... Gdzie pójdę? Z czego żyć będę? Może wrócić powinienem do matki, do ojca, na wieś się wyprowadzić i ziemię czarną uprawiać? Tu Sławko przypomniał sobie Bajeczkę, którą babka mu ongi opowiadała ... o młodzieńcu, który ze strachu lub z lenistwa, miast swe piękne marzenia w czyn obracać wygodnie utartymi szlakami kroczył, a jego pragnienia z czasem w skłębione czarne myśli się zmieniły i prześladować go poczęły ...
A zresztą może to zupełnie inaczej było. Tak czy owak mijały dni za dniami, Sławko z coraz większą zaciętością grafice się oddawał, drzeworyty i linoryty coraz piękniejsze wycinał. I myślał - Może się komu spodobają, może będą komu potrzebne ... Aż razu pewnego, gdy znów go wzięła za domem tęsknota nieprzeparta, wybrał się nad Wisłę. Dzień był piękny, spokojny, dziewczyny na Spacer wyszły, o, jedna z pieskiem, który właśnie ... ech, ... no, mniejsza z tym. Nieopodal Siedząca na trawie rozmarzyła się. Sławko rozglądał się za Mądrym, Palącym nargile, może i teraz mu co doradzi. Już, już mu się zdawało, że to on, ale nie, to tylko zwykły palacz
przechodził. Rozglądał się dalej. Nie przyszło mu nic innego do głowy, jak tylko Rzucanie kamieni w słoneczny dzień na taflę wody. Zamyślony nawet nie zauważył jak zmierzch zapadł, mgła jakaś dziwna rzekę zasnuła, a drobinki rozchlapanej kamieniami wody w obraz zaczęły się składać. Dopiero po chwili Sławko poczuł, że ktoś mu się przygląda. We mgle, w Zaczarowanym fotelu siedziała piękna - niepiękna Pani, która przypominała mu bardzo kogoś znajomego. Ubrana we wzorzystą koszulę i czarną mini-sukienkę, założyła zgrabnie nogę na nogę i bacznie go obserwowała. Fotel też go obserwował. - Wiem, Sławko, wiem - powiedziała Pani ciepłym głosem - ciężko Ci samemu i biednie. Talent to nie bułka z masłem - najeść się nim nie da, sztuka nie kominek - zimą nie ogrzeje. Jednak i tak wielu Ci zazdrości. Nie będzie Ci łatwo, to prawda, ale idź swoją drogą, patrz przed siebie i na ludzi, uważnie spoglądaj w niebo i w głąb tajemnicy świata. A przede wszystkim bądź sobą i nie kłam. Weź, proszę, ten żelazny rylec - on Ci pomoże drogi wybierać. Jeśli szczerze pracować będziesz, jego ostrze zostanie diamentowe i świetliste, jeśli natomiast fałszywe kroki zaczniesz stawiać, jego ostrze stępi się i zaśniedzieje. Ach, i pamiętaj o słowach wielkiego Leonarda: Nie cofa się, kto się związał z gwiazdą.
O tym, jak Sławko świat na nowo zobaczył i co z tego wynikło.
Nie wiedział Sławko, czy to sen czy jawa, ale dziwnie jakoś na sercu był pokrzepiony, a i zwykłe dotychczas rylce ponad miarę błyszczały. Od tej pory często się nad wodę udawał, może w nadziei, że znów Panią ujrzy. A co go zachwyciło, na grafiki przetwarzał, a to nastrój kąpieli w letnie Południe z grajkami na brzegu, a to zwinność ruchów kobiety na Plaży, a to piękne dziewczęta Kąpiące się w przejrzystej wodzie lub obserwujące podniebne Balony, które lecą nie wiadomo skąd i gdzie. Innym razem zaś chłopców z Latawcami.
A może to nie były latawce tylko Wielkie ryby unoszące się z lekkością na wietrze? Któregoś dnia Cyrk wędrowny sztuki pokazywał, a Sławko zastanawiał się, co w sztuce prawdą jest, a co złudą. Tak był zajęty, że nawet nie zauważył, kiedy dyplom obronił w pracowni drzeworytu słynnej krakowskiej akademii. A że wciąż miał w pamięci słowa Pani, to lęk jego, jego Potwór był jako balon dziecięcy na uwięzi i nie mógł mu w niczym zagrozić. Dlatego też ludziom spodobały się jego prace, zaczęli je nagradzać w konkursach i kupować, by wciąż móc na nie patrzeć. Razu pewnego przyjechał nawet z dalekiego kraju kolekcjoner, który przypatrywał się grafikom jak Stary człowiek wiośnie, ale wnet nabył je wszystkie. Potem Sławko spotkał panią Agnieszkę z Galerii Sukiennice i tam odbyła się jego pierwsza, prawdziwa wystawa.
O tym, jak ważni goście do Sławka przybyli, a też o tym, co potem i co już niedługo.
Rychło, nierychło, wieczorem majowym jakowyś ruch się w powietrzu na Kazimierzu zrobił. Wtem na fotelu, naprzeciwko Sławka Nieznany święty turecki się objawił, a wraz z nim trzy amorki. Święty pochylił się i wyszeptał: - Dziwisz się? Nikt znany nie miał czasu, więc mnie wysłano z poselstwem. Otóż Święta Rodzina pragnie Cię widzieć i kontrefekt u Ciebie zamówić - tu spojrzał czy jego słowa odpowiednie wywarły wrażenie - przygotuj wszystkie potrzebne narzędzia i najlepszy papier do odbitek. Co się tam działo ani pomyśleć niepodobna, dość, że Sławko piękną i tajemniczą grafikę wykonał przedstawiającą jak Święta Rodzina pozuje do zdjęcia.
A co potem? Potem Sławko pomyślał, że skoro tak wysoko, aż do nieba sięgnął, to dla równowagi trzeba by niziny obaczyć, więc na Górny Śląsk do kopalń postanowił pojechać. Dziecięciem będąc, czytał bajki, w których Skarbnik pod różnymi postaciami dobrym ludziom pomagał, a złym szkodził, więc zapragnął z całego serca się z nim spotkać i o tajemnicach ludzi i głębin porozmawiać. Proste to nie było, bo Skarbnik nie z każdym chce mówić. Ale kiedy Sławko już miał zrezygnować, na wierch wyjeżdżać, ktosik w oddali go zawołał, Sławko szybko się obrócił i z całej siły głową o stempel uderzył, aż wszystkie gwiazdy ujrzał. A kiedy się obudził we własnym łóżku, jedno zdanie mu w uszach dźwięczało: - Talentem się dziel, nie wolno skarbów takich tylko dla siebie chować.
A zatem, Sławko Chrystow by z ludźmi się dzielić, już niedługo wystawę swych prac graficznych w Muzeum Historii Katowic pokazywać będzie i to jest najprawdziwsza prawda, bo tu skończyła się bajka.
Natalia Kruszyna
P.S. Wszelkie podobieństwo w.w. postaci do osób i wydarzeń ze świata realnego jest całkowicie przypadkowe, choć wielce prawdopodobne. Czytelnik bajki niechże z niej ziarno prawdy wyłuska, a pozostałe fidrygałki-dyrdymałki, dla ozdoby i figlów przydane, odrzuci. Jeśli mu ich nie szkoda. N. K.
|