p-w-cz.gif (8137 bytes) linia.gif (60 bytes)

Grzegorz Mitręga

malarstwo

"Wspomnienie taty"

Dość specyficzny czas nastał dziś w sztuce polskiej. Wiele zmieniło się przez ostatnie 20-25 lat. Staliśmy się częścią wolnego świata, od innych krajów Europy nie oddziela już żadna kurtyna. Granice między sztuką polską a inną są bardzo płynne, podobnie jak między sztuką i nie-sztuką. Czasem to dobrze, czasem nie.

Jak nigdy dotąd nowe media, fotografia, performance, instalacje, obiekty, grafika komputerowa wypełniają sale wystawowe, są przedmiotem zainteresowania artystycznych rubryk w mediach, a nawet je zdominowały. O obliczach ekspozycji coraz rzadziej decydują artyści, coraz częściej robią to kuratorzy(cóż za słowo w dziedzinie sztuk pięknych?)- historycy sztuki, krytycy. Dobierając dzieła według własnego klucza sami stają się swego rodzaju kreatorami posługującymi się gotowym materiałem- specyficznym ready-mades. Nuta konceptualizmu pobrzmiewa dziś nawet w dziełach autorów o predyspozycjach zgoła innych lub żadnych, a wystawy artystów z Rosji, Polski, Francji czy Kazachstanu bywają trudne do odróżnienia pomimo odmienności kulturowych, geograficznych, historycznych czy mentalnych. Awangarda będąca zwyczajowo w opozycji do krytyków i oficjalnych nurtów została niejako oswojona, stała się obowiązującym garniturem.

W tym wszystkim malarstwo wrzucono do jednego kosza. Skazane na drugorzędny byt formacji anachronicznej, przebrzmiałej, pojawia się rzadko a i tak przeważnie na zasadach określonych przez postkonceptualne ramy.


"Pod ławą"

Na taki właśnie czas przypada powtórny debiut Grzegorza Mitręgi. To jego pierwsza wystawa indywidualna od 18 lat. Grzegorz był wybitnym studentem, osobą o niepospolitym talencie, gorącym temperamencie, wielkiej witalności i skomplikowanej, bogatej wrażliwości. Jego ówczesne grafiki, rysunki i obrazy wyrosłe na gruncie nieskazitelnego, klasycznego warsztatu(który bardziej był mu wrodzony niż wyuczony) wbijały się w świadomość widza wyjątkową ekspresją o tragicznym wydźwięku, były smutną zadumą nad polską rzeczywistością lat osiemdziesiątych, a przy okazji czuło się w nich prawdziwe natchnienie.

Koleje losu, życiowe konieczności, nieznośny ciężar własnego talentu, a może chęć sprawdzenia się na innym polu(któż to wie oprócz Grzegorza?) sprawiły, że później mocno zaangażował się w sztukę projektowania, w rozwój cieszącej się wzięciem firmy, osiągając niewątpliwy sukces.

Teraz wraca do obrazów. Powrót ten przypomina mi trochę losy bohatera filmu "Cinema Paradiso". Po wielu latach słynny reżyser przyjeżdża do swojego rodzinnego miasteczka, śmierć przyjaciela jest końcem jego luksusowego zesłania. Odnajdując dawno nie widziane miejsca, rozpoznając w zatartych czasem twarzach towarzyszy dzieciństwa i młodości, przeżywa wybuch nieopisanego szczęścia, coś na kształt powrotu do raju. Kontempluje i chroni tę chwilę zdając sobie sprawę, że jest ona darem losu, przywraca mu utraconą cześć tożsamości.

"Spacerek"

Na wystawę Grzegorza składają się prace z ostatnich trzech lat i pełniący rolę preludium portret żony sprzed lat 20. Portret częściowo zniszczony, lecz takim zniszczeniem, które czyni go obrazem zamkniętym, dopełnionym. Płótno przeorane głębokimi bliznami wydaje się być buntem przeciw nieuchronności upływu czasu, po części zaś mówi o rozpaczliwej przegranej każdego aktu twórczego wobec fenomenu realnego życia. Obrazy nowe są inne. To one właśnie przypominają mi film Giuseppe Tornatore. Szorstkie, szeroko z rozmachem malowane są jednocześnie delikatne i wypieszczone, a materia ich kojarzy się z drogocenną tkaniną, z płótnami Rembrandta i Tycjana. Jest tu jakiś wenecki koloryt, afirmujący blask. A może to miłość, właśnie miłość do samego niepowtarzalnego procesu pracy nad obrazem, farb, kolorów, szczegółów, laserunków, impastów, zapachu oleju i terpentyny, chwil spędzonych w samotności poza obszarem nieustającego wyścigu szczurów. "Niebieski I"Grzegorz bardzo klasycznymi środkami uzyskuje klimat refleksyjnej poezji. Obecne w kompozycjach postaci najbliższych czy ich ślady to także sygnał o rzeczach dla niego najważniejszych i podstawowych. Myślę, że jest to malarstwo prywatne także i w tym sensie, że tworzone z tęsknoty za nim samym, malarstwem właśnie, a największą nagrodą dla artysty jest świadomość własnej wirtuozerii. To cieszy, że oglądamy nowe prace Grzegorza, że są one bezinteresowne, aktualne, pełne nowej energii. Należy mu życzyć sukcesu w najszerszym tego słowa znaczeniu.

Nawiązując do wstępu:, to trudne czasy dla takiej sztuki. Los bywa jednak przewrotny. Jest bólem, ale czasem też wielkim szczęściem, że nie wiemy na pewno co będzie za kilka sekund, kilka godzin, kilka lat.

Zbigniew Blukacz


Więcej prac Grzegorza Mitręgi można zobaczyć na jego stronie domowej www.gm.inter-net.pl