|
|
|
|
Mariusz Mruczek Rysunkiem satyrycznym zająłem się dla higieny psychicznej.
Ośmieszanie przeciwnych nam osób lub idei jest zapewne stare jak historia tychże. Satyra jako utwór literacki, piętnujący moralne zakłamanie, oportunizm czy zwykłą głupotę bawiła i wychowywała antycznych Greków i Rzymian. W dobie Oświecenia zaangażowała się w walkę z ciemnotą, przesądami i fanatyzmem, uznając rozum, oświatę i umowę społeczną za panaceum na wszelkie ludzkie bóle. W swej pasji edukacyjnej satyrycy docenili wtedy wielką siłę rysunku i nośność grafiki. Dość przypomnieć wspaniałe cykle Williama Hogartha, przez współczesnych określane jako "pędzlem pisane komedie". Nota bene był to zapewne jeden z nielicznych do dziś przypadków, by syn biednego, wiejskiego nauczyciela rysując i drukując moralizatorskie, obrazkowe opowiadania o znamiennych tytułach: Kariera nierządnicy, Modne małżeństwo, Pracowitość i lenistwo, Ulica Piwna czy Ulica Wódczana, dorobił się pięknego domu w Londynie, sześciorga służby, czterokonnej karety i tytułu nadwornego malarza. W Polsce, nie tak bogaci, choć równie zdolni karykaturzyści ze szkoły Jana Piotra Norblina działali dla światłej arystokracji i króla Stanisława Augusta.
Jednak świat drwił sobie ze szczytnych oświeceniowych ideałów: masy nie pragnęły rozumu, władza nie potrzebowała umów, a już zwłaszcza społecznych. Wielka Rewolucja Francuska, Napoleon oraz następująca po tych ambiwalentnych szaleństwach epoka grzecznych mieszczan i aroganckich dorobkiewiczów zepchnęły wrażliwców i idealistów na margines. W głębokim poczuciu wyobcowania, a zarazem ze świadomością wyższości wobec miernoty ogółu romantycy stworzyli, do dziś bliską wielu artystom, postawę indywidualisty, outsidera pracującego dla dobra ludzkości, lecz przesłaniającego swe prawdziwe oblicze intelektualną zabawą. Ale zabawa ta, to nie była już naiwna, pełna wiary w swą moc satyra, mówiąca wprost, co myśli o ludzkich ułomnościach, czytelnie rozgraniczająca zło i dobro. To wieloznaczna, subtelna ironia pod pozorami ugody ukrywająca bolesną kpinę i radykalny krytycyzm. Wymagająca zarówno od autora, jak i odbiorcy myślowej precyzji w kształtowaniu pojęć i rozróżnianiu ich najlżejszych odcieni i niedomówień. "Ironista to arystokrata ducha i myśli"" - twierdzą znawcy tematu. Zrozumieć go mogą tylko równi mu umysłem i fantazją. Reszta go nie interesuje.
Taka właśnie postawa, pełna inteligentnej ironii, a nie dydaktycznej satyry czy efekciarskiego humoru, wydaje mi się najbliższa sztuce "niepoważnej" Mariusza Mruczka. Aby być satyrykiem, wystarczy mieć talent obserwatora i żyłkę dowcipu, aby być ironistą, trzeba mieć jeszcze własny, przemyślany światopogląd. Najlepszym na to dowodem jest cykl rysunków Mariusza, które poruszają trudne i niepopularne dziś problemy polskiego patriotyzmu, korzystając z równie niepopularnego motywu biało-czerwonej flagi. Tutaj ironia pozwala odrobinę rozładować narodowy patos, nie obracając go w niwecz zarazem. Wieloznaczne, choć formalnie niezwykle proste kompozycje zmuszają wręcz do refleksji. Dlaczego trzeba było wyprać przypiętą klamerkami do sznurka, biało-czerwoną? Czy drzewce naszej flagi tkwi w denaturacie dla dezynfekcji? Kto, by zapamiętać najważniejsze pojęcia, musi zawiązywać supełki na rogach chusteczki? I jak z kolei rozwiązać węzeł gordyjski, w który się tak strasznie wplątaliśmy? Czy biało-czerwona szarfa na oczach pozwala widzieć lepiej? Kto chciałby zamknąć Polskę na kłódkę? Za co... Podobnie nie usłyszymy zapewne śmiechu, przeglądając serie rysunków komentujących tematy społeczno-obyczajowe. Wesołości nie wzbudzi zapewne osobnik o dyrektorskim wyglądzie, poukładany ściśle w idealnie dopasowanym opakowaniu, choć wyskakujący zeń jak przysłowiowy "diabeł z pudełka". No i jak śmiać się z kogoś, kto nie mając własnej twarzy dysponuje aż dwiema maskami, z których jedna prezentuje szlachetne rysy wysublimowanego intelektualisty, a druga bulwiastą gębę nieprzeciętnego chama.
Więcej uśmiechu wywołują natomiast rysunki będące niejako ilustracją tezy niemieckiego pisarza Jean Paula: śmieszność to zmysłowo naoczny nierozum. Z tego powodu nasz śmiech z gburowatego obywatela protestującego przeciwko radości w ogóle będzie nieco gorzki. Za to pomysły na wykorzystanie telefonu komórkowego są inspirujące: czy "komóra"" dla rozgadanej Ewy w raju zmieniłaby bieg znanej historii, a może gdyby Syrenka zamiast tarczy miała takiż telefon, łatwiej by się było dogadać z warszawiakami? Wzruszający nieomal jest polski kmiotek w kufajce i w czarnym bereciku na czubku tępej głowy, przekonany o tym, iż jest po prostu kultowy, lub pretendujący do partnerskiego dialogu z Japonią.
Im dalej od bezpośredniości bolesnych problemów Rzeczypospolitej lub jej mieszkańców, a bliżej abstrakcyjnego poczucia humoru tym prace stają się śmieszniejsze. Pojawiają się gry słowne i plastyczne, które nazwałabym za Mariuszem: Z teczki Ściśle Fajne. Do tej teczki włożyłabym moje ulubione Precz z milczeniem owiec, Parzącą rękę opatrzności, Prawyroby prezydenckie 2000 p.n.e., królewski tron i cykl przygód Obywatela Ziutka i Obywatela Zenka X. Tu też zapewne znalazłyby się opowieści ze świata zwierząt: o pouczającej rozmowie dwóch Gnid, o Psie, co chciałby wyć, ale nie wie w jakim temacie, czy wreszcie o Rybie, która całe szczęście, że nie ma głosu...
Mariusz wykorzystywał w swojej, wielce obiecującej choć zbyt szybko przerwanej satyrycznej twórczości cały zakres chwytów komediowych i ironicznych. Mamy tu zaskoczenie i paradoks, a także aluzję, metaforę i symbol, porównanie i twórczą kontaminację. Zabawy artysty wyrazem i obrazem są zwięzłe, ale jednocześnie wieloznaczne. Z pełną świadomością czerpał z osiągnięć współczesnej plastyki, od art brut do komiksu z jego skrótowością, umownością przestrzeni czy wykorzystaniem tekstu wpisanego w obraz, mimo, a może właśnie dlatego, iż były tak przeciwne jego poszukiwaniom w dziedzinie sztuki "na serio". Wielka szkoda, że nie będzie więcej ani jednej, ani drugiej. Natalia Kruszyna P.S. Świat jest tragedią dla tych, co czują, a komedią dla tych, co myślą. - Horacy
|